Śmierć Osamy, cywilizacyjny lincz
Wszyscy odczuwający radość ze śmierci bin Ladena są współwinni tej zbrodni wobec swojego sumienia.
Albert Camus, Zygmunt Freud, William Golding, Eric Schmidt, Karol Wojtyła, Georg Orwell, Ryszard Kapuściński, Stanisław Lem, Thomas Mann – oni i wielu innych wielkich myślicieli byli świadomi winy, świadomi tego jak relatywna może być ocena sumienia drugiej osoby i cierpieli przez tę świadomość: zła drzemiącego w człowieku. Tym gorszego, że nieuświadomionego, zagłuszonego przez egoistyczne poczucie prawa do zmniejszania swojego poczucia winy przez przeciwstawianie go “prawdziwym zbrodniom”. Oni wiedzieli, że obwinianie i osądzanie innych jest wpisane w ludzką naturę.
W tym miesiącu podczas dokonanego na przywódcy terrorystów morderstwa dopuszczono się dwóch zbrodni.
Odebrano życie.
Przekonano dużą część ludzkości, że zabójstwo może być moralnie dobre.
Ostatecznie zaś wywołano poczucie satysfakcji i bezpieczeństwa u obywateli. Skutecznie usprawiedliwiono zło, dając tę zbrodnie za przykład sprawności działania służb specjalnych. Pokazując, że wojna i niesienie śmierci może być rozwiązaniem.
Następnie otrzymano poparcie cywilizacji.
Ale wojna i śmierć nigdy nie była i nie będzie rozwiązaniem.
W całym tym- związanym z tą spektakularną porażką współczesnej cywilizacji- wydarzeniu majaczy bolesny fakt. Jest nim skupienie publicznego zainteresowania na rozstrzygnięciu sporu “czy można było doprowadzić do zaszłego wydarzenia”, które odsuwa uwagę od przyjętego w ten sposób założenia: “Ta wojna jest potrzebna, ta wojna jest rozwiązaniem”. W znanym zdaniu o “nienegocjowaniu z terrorystami” tkwi ukryty odcień okrucieństwa. To nieugiętość prowadząca to rozwiązań siłowych, terrorystyczne stawianie warunków bez zwracania uwagi na okoliczności brzmi jak groźba, jest groźbą. Jest stwierdzeniem, że nie zależy nam na pokojowym rozwiązaniu konfliktu, że nie istotne jest dla nas, czy porywacze pochodzą z uciskanego podziemia, które gniecione przez niesprawiedliwość domaga się posłuchu. Jest stwierdzeniem siły i przewagi. Mówi: poddajcie się, nie wysłuchamy was.
W niedzielnym wydaniu pewnego programu publicystycznego dziennikarz TVN zapytał: “Ale to my stoimy po tej dobrej stronie, tak?”. Czym jest to pytanie jeśli nie środkiem uśmierzającym ból sumienia?
Później w tym samym programie padło stwierdzenie, że dyskutowana sytuacja jest normalną kolej rzeczy każdej wojny.
Pomyślmy chwilę jak przybysz ze wschodu.
Przez relatywne odwrócenie moralne można dokonać stwierdzenia, że w rozumieniu organizacji terrorystycznych zamach na amerykańskie wieże, czy zamachy w metrach nie miały odcienia negatywnego- były koleją rzeczy, koleją wojny (“to jest wojna, na wojnie ludzie giną”), usankcjonowaną przez społeczności kultywujące ideologię antyamerykańską, dla której to ona- Ameryka- właśnie jest zagrożeniem i stowarzyszeniem terrorystycznym.
Stąd o krok do stwierdzenia, że organizacje terrorystyczne znajdują się po stronie zachodniej, że aktem terrorystycznym jest prowadzenie wojny w Iraku. Jednak nie to jest celem, nie opowiem się za tym, byłoby niepoprawną sofistyką nazwać terrorystami Stany Zjednoczone.
Prawo do oceny i sądzenia ludzi moralnością zachodniej Europy jest niedopuszczalne. Daliśmy sobie bilet ulgowy na mówienie ludziom co jest dobre, a co nie. Oceniamy Islam, traktując tamtejszą ludność jak prymitywne, krwiożercze zwierzęta bez umysłu tylko dlatego, że garstka radykałów uczestniczy w rewolucji człowieka pełnego organicznego zła, człowieka który był w stanie rozbudzić ich uśpione emocje schowane pod powierzchnią upokorzenia, osamotnienia i zagubienia. To są ludzie, który cierpieli. Bo wszyscy cierpią, jest to oczywista, zawstydzająca prawda. Jeśli chcemy mówić, że należy im się śmierć przyznajmy najpierw, że jesteśmy źli, że złośliwość i cynizm współczesnej europy, że jej merkantylizm jest tym samym- pod względem emocjonalnym- terroryzmem, co masakra w tunelu metra. Trzeba sobie uświadomić, że przejawem tolerancji nie jest słuchanie muzyki czarnych. Dogłębną tolerancją, sięgającą pojednania z własnym systemem wartości powinno być po pierwsze: przyznanie się do winy. To pierwszy krok do miłości.
Jeśli Osama był takim strasznym jak go malują – tj. był przywódcą organizacji terrorystycznej odpowiedzialnej m.in. za udany zamach na WTC – to nie widzę najmniejszego powodu, żeby go nie zabijać. Wręcz dosłownie zapytam – dlaczego mieliby (mielibyśmy, jako “cywilizacja zachodu”) go nie zabić? Co takiego jest w brodatym terroryście, za czym świat miałby zatęsknić? I nie próbuj utożsamiać mordercy z losem uciskanych ludów bliskiego wschodu, ofiar wojen i okupacji. A takie właśnie wrażenie odnoszę – że w Twoim wywodzie śniady terrorysta to taki sam przedstawiciel śniadych nacji, jak każdy inny i taka sama należy mu się tolerancja. Nie – należy mu się strzał w czerep. I bynajmniej nie ze względu na odcień skóry i turban na głowie, tylko za niesłychane skurwysyństwo.
Wracam jednak do pierwszego zdania – zaczynającego się od słowa “Jeśli”. Oczywiście nie przypuszczam, żeby bin Laden był niewiniątkiem z przyprawioną przez Amerykanów sztuczną brodą, ale też trudno nie odnieść wrażenia, że stał się kozłem ofiarnym, personifikacją całego współczesnego zła, którego zgładzenie ma symbolizować archetypowe zwycięstwo dobra. To część większego planu napędzanego zielonymi papierkami. Kto wie, czy paru “zasług” mu w tym celu nie dodano. Do czego zmierzam – zabicie Bin Ladena to żaden wielki sukces, żadne zwycięstwo i zdecydowanie nie rozpocznie nowej ery. Po prostu ginie sukinsyn. Jak wielu przed nim i wielu po nim. Za to całe ich armie mają się całkiem dobrze.
Mimizu
Maj 9, 2011 at 9:40 pm
Poruszyłeś tak wiele wątków, że ciężko odnieść się do wszystkich. Ale powiedz tylko, jaką mamy alternatywę? Miłość zakonników z Tibhirine? ( http://pl.wikipedia.org/wiki/Zab%C3%B3jstwo_mnich%C3%B3w_z_Tibhirine ). Nie da się wyeliminować przemocy. Możesz być przeciwny utylitaryzmowi, ale to on właśnie pozwala Ci pisać we względnym spokoju.
Konrad
Maj 10, 2011 at 5:12 pm
Zadałeś pytanie o alternatywę. Chciałbym żeby było jasne, bo może nie wynika to z tekstu, ale nie jestem kontestatorem utylitaryzmu. Nie wierzę też, tak jak nikt kto się nad tym zastanowi nie uwierzy, w rozwiązania ogólne mające na celu przywrócenie ładu (“przywrócenie”- ktoś kiedyś powiedział, że stare dobre czasu nigdy nie istniały) i nastanie czasu wszechobecnego pokoju i miłości.
Nie jest to może zresztą tak oczywiste, lecz wynika z prostej prawdy, że aby to osiągnąć należałoby się przede wszystkim pozbyć odcieni i biegunów uczuć, a także wyjaśnić niemierzalne pojęcia takie jak szczęście, wolność, żeby w końcu zderzyć to z chociażby takimi zjawiskami jak imperatyw Kanta, czy zagadnieniami psychologii społecznej, a nawet rachunkiem prawdopodobieństwa i statystyką.
Ale nie w tym rzecz. Otóż to pytanie, samo w sobie nieco prowokacyjne, zawiera odczuwalną nutę żalu. Żalu nie Twojego, ale żalu w ogóle- człowieka, który ma potrzebę odnalezienia ostatecznego rozwiązania, klucza do absolutu. I przez to właśnie jest pytaniem krzywdzącym. A krzywdzi ono i zamyka drogę- przepraszam za wyrażenie- miłości (to jedno z trzech zawstydzających współczesnych słów). I nie piszę tego w tonie oskarżycielskim, tylko raczej jako wewnętrzną konstatację, że pytanie o alternatywę dla “mniejszego zła” pozwala na przymykanie oka. Mówi: jeśli nie ma alternatywy, trzeba tak zrobić. A to wprost kieruje na pogodzenie się ze złem. A nigdy, nigdy nie można wewnętrznie, osobowo godzić się na zło. Bo nie ma dla niego usprawiedliwienia. I nie jest usprawiedliwieniem ani utylitaryzm, ani żadna przeszła czy przyszła ideologia. Bo jeśli pozwolimy sobie tak myśleć można nas będzie zmusić do rzeczy naprawdę okrutnych.
Alternatywą jest więc sprzeciw sumienia, jest sprzeciw w codziennym życiu, w rozmowie z kolegą, w pisaniu bloga. Bo czego miałbym oczekiwać? Że nastąpi rewolucja? Że przyjdzie bohater i uratuje ludzkość? Że ktoś podejmie się walki o moją ‘wolność’? To byłoby po pierwsze dziecinne ze względu na sam charakter rewolucji i jej konsekwencje, a po drugie tchórzliwe.
Są pewne aksjomaty moralne, których nie powinno się łamać- takie jak wartość i godność człowieka. Owszem wielu przywódców próbowało- ze skutkiem- i próbuje je ośmieszyć/dostosować/unieważnić, ale to właśnie sofistyka, kaznodziejstwo, kazuistyka prowadząca do tego co w dziejach najgorsze. Pierwszym zaś symptomem mogącym ostrzec przed czymś podobnym jest sprzeciw naszego własnego systemu moralnego. Jeśli widzimy wyrządzaną krzywdę i podświadomie wiemy, że mamy rację, a mimo to przez społeczny konformizm milczymy, to jest to dobry moment na protest.
W obliczu wszystkiego co zostało i co nie zostało napisane jedyną realną alternatywą nie powodującą konfliktów, tą która mogłaby uchodzić za odpowiedź uniwersalną jest próba zmiana samego siebie, walka o miłość z samym sobą.
http://krzysiekswf.wordpress.com
Maj 10, 2011 at 7:46 pm
Również dołączam się do protestu. Jak najbardziej podzielam Twoją opinię – w sumie niedawno na podobny temat z kimś rozmawiałem.
Nowaker
Maj 10, 2011 at 10:56 pm
A gdzie wcięło mój komentarz?
Mimizu
Maj 11, 2011 at 6:03 am
Wrzuciło Cię do spamu, nie z mojej winy.
http://krzysiekswf.wordpress.com
Maj 21, 2011 at 9:20 pm